Rok 1981. Jest już Nasz Syn /tzn.mój i Pawła/. Znani krakowscy Aktorzy muszą dorabiać, bo gaże małe. Paweł, Marek Litewka, i jeszcze parę Osób dają spektakl dla Dzieci, właśnie w tym "Związkowcu". Potem przerwa i drugi. Bufetu brak. Jest niedziela! Postanawiam Chłopakom zrobić niespodziankę /nauczona tego przez moją Wspaniałą Mamę!/ i "montuję" parę termosów, jakieś jajka w majonezie, gotuję zupę "ziemniaczankę" i coś tam jeszcze. Pakuję "żarełko", zabieram w wózku małego Marcinka i ... w drogę tramwajem. A co? nie można?
Dojeżdżamy na miejsce. Trafiam w samą przerwę, bo Zespół w malutkim pomieszczeniu odpoczywa. Serwuję w różnych naczyniach, podaję sztućce. WSZYSCY jedzą ze smakiem. Ale już po "obiedzie", nienasycony Marek, prawie z pretensją! pyta: A k o m p o c i k ??? Czy dzisiaj nie ma deseru? Ś M I E J E M Y S I Ę !!! WSZYSCY!
Wracam z Maluchem do domu, bo zaraz następne przedstawienie.
Drogi Marku! Tak było, prawda? Czy dalej masz ochotę na kompocik z jabłek?
Wspominała w swej "dziupli", z łezką - jedną? Nie...bo. na moim MORZU TRZECH ŁEZ nie ma wysp nieszczęśliwych...
1/30/14Ew
.
|