Do przewidzenia było, że po dojściu do władzy PiS będzie robić głupoty.
Ale tak skrajnego kretynizmu - jaki miał miejsce w wypadku kataklizmu w Borach tucholskich - trudno sobie wyobrazić.
Nie dość, że Rząd "nie zdał egzaminu" - pozostawiając ludzi przez kilka dni samym sobie - to na koniec zrobił chamską ustawkę z usunięciem strażaków i cywilnych pracowników - by wojsko udawało, że to ono robi porządki i podszywało się pod cudzą pracę.
Trudno o większą kompromitację Beaty Szydło i Antoniego Macierewicza. Ale po nich to spłynęło.
O ile PO bezczelnie kłamało w dzień i w nocy - to PiS wygrał między innymi dzięki temu, że zapowiadał mówienie prawdy.
Lepiej był przyznać się, że Rząd zaspał - niż robić tak prymitywne przedstawienia - które na pewno będą zapamiętane.
Ale tym razem chciałbym zwrócić uwagę na inny aspekt rządów PiS - który upodabnia je do komunizmu.
Otóż w każdym państwie komunistycznym - prawdziwe rządy sprawował nie premier, ale pierwszy sekretarz partii rządzącej.
Większość Polaków - zarówno tych prorządowych - jak też antyrządowych uważa, że to Jarosław Kaczyński sprawuje rzeczywistą władzę w Polsce.
Więc mamy w pewnym sensie powtórkę z komunizmu.
Myślę jednak, że nie jest ona zamierzona. To tylko taktyka przeciw opozycji - która chciałaby odgrzać stare fobie swojego elektoratu - przeciwko Kaczyńskim.
Jarosław Kaczyński nie jest już postacią medialną i dlatego trzyma się z boku.